rano - Standardowa jazda po mieście. Ciekawe jak kierowcy reagują, gdy stojąc na czerwonym na pierwszym miejscu stanie przed nimi nagle rower. Zazwyczaj agresywnie wyprzedzają. Jazda w porannym szczycie nie należy do przyjemnych, ale widzę co raz więcej rowerzystów.
wieczorem - stała trasa przez Wkrzańską, spotkałem chyba Axisa jak ćwiczył Miodową :)
nogi nadal zmęczone, jutro odpoczynek. Ponoć w sobotę koksy jadą na niemcy, może uda mi się zabrać z nimi...
Po wczorajszym wysiłku czuję, że nogi mocno pracowały. Dzisiaj więc spokojnie potoczyłem się po swojej podstawowej pętli. Miło i relaksująco było... Wracając, na zakręcie hopki nr 2 pędzący dostawczak minął mnie o włos... kurna jego mać
do pracy - ogień w nogach po dwóch godzinach porannego zap%$##nia padłem na krzesło :) w nagrodę podwójne śniadanko :)
do domu - jak zwykle do Wkrzańskiej. Miałem dodatkową godzinę wolnego więc zrobiłem sobie wahadło: Polana Miodowa przez Gubałówkę i zjazd na dół lasem po czym powrót tą samą drogą do polany i tak 3x.
Dzisiaj się ujechałem. W nagrodę 2 zimne piwka czekały w lodówce. Zasłużone. :)
Nareszcie chmury odeszły i rankiem przywitały mnie słońce i księżyc. Było ciepło i prawie bezwietrznie, więc poleciałem na żywioł i skoczyłem do Locknitz pozdrowić kotka :)
Na powrocie lekki wmordewind, ale się sprężałem bo rano zamarudziłem i musiałem nieźle cisnąć. Ogólnie ok, na razie kiera pasuje. Trasa fajna, ale mam pomysł na lekką modyfikację.
Wczorajszy kapeć okazał się snejkiem i dętka poszła do kosza. Zamieniłem opony miejscami, bo tylna jest prawie łysa. Jak zwykle - do pracy ogień do domu - zabawa fullem w Puszczy Wkrzańskiej Rower jeszcze na zimowych częściach ale wszystko hula i nie chce mi się tego zmieniać.
Pierwszy bardziej ambitny "trening" Długo wszystko obmyślałem jak i gdzie go przeprowadzić. Samym nabijaniem porannych kilometrów już bardziej się nie poprawię, stąd wprowadzam do moich jazd elementy sprinterskie. plan: 30s - >170bpm 60s - <125bpm x6 Niestety nigdzie nie udało mi się osiągnąć wymaganych wartości. max tętna: 151 (bardzo się starałem za każdym razem dać z siebie max mocy), i tak szczyty osiągane są po 20-23sek. Pod koniec za każdym razem miałem wrażenie że sekundy są co raz dłuższe ;) (szczególnie ostatnie 3) w fazie odpoczynku spadek do ok. 140 (po ok 30sek.) Myślałem, że tętno będzie szybciej skakać, może jestem zmęczony, albo tak ma być? ciekawostka: Vmax-51,3km/h po płaskim miejsce: od przejazdu kolejowego w Grambow do świateł w Linken (ostatni interwał na budowie ronda) czas: 9min dystans: 4,88km Rozgrzewka: pętla Linken-Bismark-Ramin-Grambow śniadanie: połówki banana, batonika, danio +kawa (ok. 40min przed interwałami), po powrocie dojadłem resztę. staty: S1 (sprint) - 144bpm, (przerwa 149) S2 - 147, (146) S3 - 144, (151) S4 - 147, (148) S5 - 145, (150) S6 - 146, (151)
wniosek: pierwszy raz jest najtrudniejszy ;) za 2-3 dni powtórka, tego też trzeba się nauczyć. Oprócz samych interwałów jest mnóstwo "pobocznych" elementów które też się ćwiczą. Generalnie jestem zadowolony.
p.s.1 usunąłem jedną podkładkę pod kierownicą p.s.2 o ok. 5:40 na przystanku spotkałem gościa, który obciągał puszkę piwa... ten to ma zdrowie ;)
Rano na pełnym gazie do roboty. Po pracy na Miodową, gdzie spotkałem Axisa. Przy pętli nastapił koniec jazdy z powodu pierwszego w sezonie kapcia. Na szczęście wóz techniczny był po 15min.
mimo, że rano było 8 st, to powiedziałem sobie, że długie wiatrochrony zostają w szafie i jadę w 3/4. Musiałem nieźle poginać, żeby się rozgrzać, ale było ok. nogi wypoczęte.
Wolny dzień majówki wypadł mi w piątek. Postanowiłem zrobić sobie dłuższą rowerową wycieczkę. Celowałem z długością podobną do maratonu w Świnoujściu, aby sprawdzić organizm na długie obciążenia. Prognozy były niepewne, ale czas miałem tylko dzisiaj więc trochę zaryzykowałem. Wiatr był zachodni, więc trasę zaplanowałem w kierunkach N-S. Spakowałem wszystkie potrzebne rzeczy do kieszonek koszulki i po 10 ruszyłem.
Chciałem unikać głównych tras, więc jak się dało to zbaczałem z nich i jechałem według mojej prowizorycznej, świeżo drukowanej mapy. Skuteczność jej szybko się potwierdziła, kiedy dojechałem do wiochy, do której nie spotkałem żadnego znaku.
Szkoda, że nie ma nawet jednego wzniesienia, na które można by wjechać i pooglądać okolice. Tak mijały mi kolejne wioski, aż dojechałem do krzyżówki przed samym Schwedt.
Tu robię zwrot na północ i wracam do Locknitz. Mijane wioski są na prawdę urocze i mimo, że później zaczęły mi się zlewać bo jednak są dosyć podobne to miło się je oglądało.
Stwierdzam stanowczo, że ten widok już mnie nie rusza, rzepaku mam po dziurki w nosie. Czekam aż zboże wyrośnie :)
Zapewne jadąc przez tyle wiosek powinno się trzasnąć fotkę jakiemuś kościółkowi z XV czy XVI wieku, ale te kościoły -moim zdaniem- są wszystkie takie same i każdy jeżdżący trochę po niemieckich drogach takie spotykał. Trafiłem na jakiś większy, ale się w kadrze nie zmieścił więc fota ta przedstawia kierunkowskaz ;)
Po odpoczynku, jadę do Grunz. Z pewnym niepokojem obserwuję kończące się napoje, zostaje mi również jeden baton i kilka żelków. Zaczynam reglamentować sobie picie niczym rozbitek na tratwie :) Siada też samopoczucie, bo jako lotny finisz ustaliłem sobie Locknitz, a do niego jeszcze w ch... yyy daleko :) Prawdziwy kryzys nadchodzi przed Randowtal, kiedy mijam węzeł autostrady. Droga prowadzi długim podjazdem w dodatku z wmordewindem. Styrałem się strasznie, pociągnąłem z 5 racji picia, 3 żelki i próbuję przetrwać, nie stawając aby się nie wychłodzić. W końcu dojeżdżam do większej mieściny - Brussow.
Odpoczywając studiuję mapę - Locknitz jest już na prawdę blisko. Sięgam po rezerwy (głównie psychiczne) i cisnę mocniej. Jadę fajną ścieżką rowerową, która później się kończy, ale jadę z wiatrem więc 4 jest stale na liczniku. Po niedługim czasie jest! Wyczekane miasto, jeszcze dojazd do "kota" i obiecany popas ;)
Wcinam ostatni baton, zostawiam sobie 3 łyki w bidonie i 2 żelki. Tu miałem zadecydować, czy jadę już prosto do domu, czy... Wpadłem na genialny plan, aby spróbować po takim dystansie podjechać Miodową :) Trasa znana, wiatr sprzyjający... może się udać ;) Pojechałem aż do Dobieszczyna, dawno przekraczając granicę nie czułem takiej ulgi :) Tu kolejny odpoczynek, po którym w bidonie został jeden łyk - na zdobycie Miodowej ;)
:D W dobrym humorze pognałem na Głębokie. W Tanowie nie wytrzymuję i staję aby kupić trochę wody, izotonika i banana. Wypijam prawie całą butelkę, wcinam banana po czym z nowymi siłami ruszam dalej. W końcu nadchodzi - podjazd prawdy, po 150km, rozpędzam się do 30 i próbuję jak najdłużej jechać w kadencji 80. Prędkość spada do 25, ale niżej już nie i tak dojeżdżam do Gubałówki. :) Nie było tak źle, zjadam w nagrodę ostatniego żelka i zjeżdżam na dół i dalej przez Dobrą do domu.
Trasa:
Wniosek mam taki, że 170km nie przejadę z 1,5l płynów. Muszę po drodze gdzieś zatankować. Nie lubię wozić plecaka (mam w nim bukłak), a kieszonki były pełne, więc jednak będę z bufetów na maratonie korzystał.
całkowity czas: 7:11 czas jazdy: 6:16 kalorii niby 8000 - ale forerunner znacznie zawyża, ludzie na forum biegowym szacują, że 40% trzeba obcinać - wychodzi więc że spaliłem 5000. Nieźle.
Sporo zachodu zajęło mi namówienie żony do wspólnej jazdy. Rano po prostu powiedziałem: dzisiaj w planach mamy jazdę rowerem :) Pogoda piękna, wiatru niet, wcześniej trasę obmyśliłem... musiało się udać :)
Mimo początkowych niedogodności, po przekroczeniu niemieckiej granicy - żonka zaczęła odczuwać przyjemność z jazdy. Sama nawet zaproponowała wydłużenie trasy o kilka wiosek, więc tym bardziej jestem z niej zadowolony :)) (uśmiech do teraz nie schodzi mi z ust).
Pierwszy postój w Schwennenz, gdzie było bliskie spotkanie Radona z Ghostem: