do pracy i z powrotem

Czwartek, 8 grudnia 2011 · Komentarze(0)
Kategoria 0-50km, praca
Rano (o 5:00) lało, więc trening odpuściłem. Z powodu awarii samochodu, wybrałem się rowerem do pracy. Oczywiście nie muszę pisać, że byłem szybciej niż jadę samochodem. W drodze powrotnej na Piotra Skargi przy sklepie Kadrzyńskiego odpadł przedni błotnik. A ponieważ to już był któryś raz, to pomyślałem, że przyszła pora na nowy i pojechałem. Wracałem jak na skrzydłach, zostawiłem plecak w pracy, było praktycznie sucho i bez wiatru, a ja byłem ubrany idealnie na taką temperaturę. Dodatkowo mogłem sprawdzić lampkę w warunkach miejskich. Wszystko fajnie się zgrało, więc na obiad przyjechała pizza (limit w grudniu wyczerpany ;)

poranny trening

Środa, 7 grudnia 2011 · Komentarze(0)
5:20 - na termometrze 3st C
patrze przez okno - mgły nie ma, nie pada, chyba sucho ;)
decyzja - oczywiście jadę :)
i tak mógłbym skończyć, ale...
asfalt miejscami mocno zmrożony (błyszczał), więc skręcałem ostrożnie. Niestety na odcinku do Linken poniosło mnie i na lekkim skręcie zbyt mocno się przechyliłem i oczywiście koło szybko uciekło a ja wyciąłem pięknego szlifa.
Rower poleciał w trawę, a ja parę metrów ślizgałem się po ścieżce z głową przy asfalcie.
Strat w sprzęcie nie ma, padłem na lewą stronę, ale fifa na biodrze jest i boli ramię.
To już drugi raz w ciągu 2 tygodni, kiedy walę kaskiem w asfalt.
Gupi ma szczęscie :D

poranny trening

Wtorek, 6 grudnia 2011 · Komentarze(3)
Pora wpisywać te jazdy codziennie, to chociaż statystyki poprawię, no i wrażenia na bieżąco będę spisywał.
Rano o 6 było mokro, a termometr wskazywał 4 st. C. wiatr słaby.
Dziś noga podawała, więc jechałem całkiem dobrze.
Do tej pory myślałem, że przez piesze przejście graniczne w Buku przejeżdżają tylko polacy, ale nie, dziś jechał po chodniku wiejski szkopek.
Wracając ścieżką rowerową do Linken zaskoczyłem sarnią rodzinkę. Bidulki stały między barierką odgradzającą szosę a ścieżką rowerową, którą jechałem. Panika była wielka, jedna 2 metry przede mną przeskoczyła w las, inne pobiegły ze mną i trochę dalej się odważyły. :) Z bliska taka sarna ma głowę na wysokości moich ramion, więc adrenalina trochę podskoczyła.

Zaraz po wyjechaniu z garażu przekrzywiło mi się siodełko, więc cały dystans przejechałem z podniesionym nosem.

odchudzanie... siebie

Poniedziałek, 5 grudnia 2011 · Komentarze(5)
1 listopada wdrożyłem tajny plan pozbycia się trochę tłuszczu co by być jeszcze szybszym ;). Czas: 1 miesiąc, cel: zgubić 5kg, środki: rower, odtłuszczona dieta (czyli bez fastfoodów).
Wiedziałem, że muszę jeździć regularnie więc naturalnym czasem była godzina treningu przed pracą, wieczorem już nie miałbym tyle zapału no i jest jeszcze życie rodzinne.
Pętla jaką wybrałem to 30km dobrego asfaltu: Mierzyn/Dobra/Blankensee/Bismarck/Linken/Mierzyn - czas 1:04 do 1:10.
wyniki: 5.11.11: waga: 89kg; tłuszcz: 18%
4.12.11: waga: 86,7kg, tłuszcz: 16,8%
pomiary tkanki tł. są orientacyjne, ale jest trend spadkowy (tkanka mięśniowa za to rośnie). Cel uważam za połowicznie osiągnięty, bo chociaż codzienny trening spalał ponad 1000kcal (pon-pt, sob. wolne, niedziela dodatkowe 4-5 tys. kcal) to jednak do 85kg zabrakło.
Jako że pogoda wciąż dopisuje zamierzam tak jeździć ile się da + wywaliłem z jadłospisu parę błędów żywieniowych.
Cel na koniec roku - ważyć te cholerne 85kg. Determinację i motywację więc mam.
Odnośnie sprzętu: nabyłem lampkę magicshine mj-872 więc moc jest ze mną ;) około 3/4 trasy biegnie w zupełnych ciemnościach, a taka lampka pozwala mi jechać 30km/h zupełnie swobodnie (na 50% mocy). Raz się wywróciłem na oszronionych pasach w Dobrej - naderwałem spodnie (fak!), obtarłem nowe siodełko (fak, fak), i przeszlifowałem wózek xtra (fak, fak, fak). Poza tym to nudy :D

łącznie w listopadzie wyszło 850km (w tym 3 jazdy niedzielne po puszczy bukowej)

ślad trasy:
""

jazda z akcją Polska na Rowery

Niedziela, 27 listopada 2011 · Komentarze(7)
Jedna ze wspólnych jazd akcji Polska na Rowery.
link fejsbukowy: Polska na Rowery
link szczecińskiej grupy: oddział Szczecin
20-25km ciekawej i efektownej jazdy po puszczy bukowej. Ekipa mniej więcej z tego samego poziomu, więc raczej jazda jest płynna. Do tego kupa śmiechu i niespodziewane awarie ;)
Mój Mikołaj przyniósł mi kamerkę do takich jazd, więc zmontowałem coś takiego:
</youtube>

jeszcze zdjęcie już z jesiennych treningów (fot. Paweł Steinke):
Polska na Rowery - Szczecin © James77

jesienny wypad akcji Polska na rowery 2011

Niedziela, 13 listopada 2011 · Komentarze(2)
Pierwszy wypad z kamerą więc jakość testowa.
Ustawienia pod żywotność baterii stąd słaba jakość.
Po kilku długich wieczorach udało mi się w końcu złożyć i załadować na jotuba.

Co do wypadu, to jeden z fajniejszych. Świeże liście, sucho i jeszcze ciepło było. Miło popatrzeć (i posłuchać ;).

staty wzięte na "oko"

V edycja Gryf Maratonu

Niedziela, 25 września 2011 · Komentarze(0)
Kategoria 0-50km, maraton mtb
No cóż... z opóźnieniem ale trochę uzupełnię.
W tym sezonie miała to być okazja do wypróbowania skuteczności treningów z Pawłem (akcja Polska na rowery). Gryf - jak to u nas mocno lokalna impreza - nie zgromadził tłumów więc można było bez napiniki pojechać. Spotkałem przy okazji hPiotra, postanowiliśmy jechać razem (ja jedno koło, on dwa). Start był dla mnie nie najlepszy, bo mimo że stałem w środku grupy to dałem się zamknąć przez "flanki" przeciskające się przez bramkę startową i tyle widziałem Piotra ;) Po starcie szybko zorganizowała sie grupka 5 osób jadących podobnym tempem. Tym razem odmiennie niż zazwyczaj postanowiłem jechać krótki dystans za to maksymalnie szybko, więc atakować mogłem często ;)
Jak postanowiłem tak robiłem, plan przynosił skutek, a ja piąłem się w generalce. Trasa z lasu wyszła na jego obrzeża po trudno przejezdnych terenach, na szczęście posiadanie fula ma czasem zalety i mogłem tu również ciśnąć ile mogę (za co podziękował mi później na mecie gość za mną ;)). Niestety plan wziął w łeb przy sławnym szlabanie, przy którym zatrzymało się z 15-20 osób nie wiedząć gdzie dalej jechać. Jak się później okazało ktoś zadał sobie na tyle trudu, żeby zwinąć oznaczenia trasy i tym samym popsuć nam zabawę. Jeden debil a tyle krwi napsuł... Po tym incydencie cały trud poszedł na marne i straciłem ochotę na jazdę. Jechaliśmy tak sobie chwilę w grupce złorzecąc na idiotów którzy to zrobili (trochę też na orgów ;). Jak złość minęła to postanowiłem pościgać się chociaż z tymi co jadę i tak kilka osób urwało się grupie. Później w lesie jeszcze był jeden atak kilku gości, niestety nie zareagowałem na niego i zanim spostrzegłem błąd sporo odjechali. Na szczęście przed nami były zjazdy a to jest coś co bardzo lubię i tu mogłem poszaleć. Odblokowałem tłumik i dogoniłem (i przegoniłem) prawie wszystkich. Ostatniego dogoniłem już za metą ;)
Po wszystkim spakowałem się i pojechałem do domu. Już z forum dowiedziałem się, że z nagrodami też było nieszczególnie i ogólnie ludzie są rozczarowani tą edycją...
Miejsce jakieś tam zająłem ale w chwili pisania tego tekstu wyników już nie było.
Zdjęcie za to jest. :)
Finał Gryf Maratonu © James77

Maraton dookoła Miedwia

Sobota, 6 sierpnia 2011 · Komentarze(3)
Ten maraton postanowiłem pojechać, ze względu na ciekawą i szybką trasę. Byłem na nim 3 lata temu, mogłem więc sprawdzić formę po rocznej przerwie w rowerowaniu.
Byłem na wspólnym objeździe trasy, jak również na tydzień przed pojechałem mocno, sprawdzić na ile mnie stać.
Okazało się, że wykręciłem równo 2:00 godz. Znając moje moce, i poprzednie osiągnięcia wynikało, że celuję w środek mojej kategorii M3.
Mój plan taktyczny był taki: zejść poniżej 2 godzin ile się da, aby to zrobić musiałem znaleźć mocnego zawodnika i najlepiej razem dojechać do końca.

W dniu maratonu umyłem rower (w końcu), zmieniłem opony na Schwalbe Hurricane, nasmarowałem łańcuch, usztywniłem zawieszenie i tak przygotowany o 10 wyjechałem.
Po drodze od teściowej wyłudziłem 2 agrafki na chipa i pędem na maraton.
Na miejscu okazało się, że nie wziąłem licznika (ech ten pośpiech), zostało mi więć poleganie na intuicji.
Podczas oczekwiania na swoją kategorię spotkałem ludzi z wtorkowych treningów, jakież zdziwienie ich było jak się okazało, że jadę w M3, podczas gdy oni są w M2. Dobrze - mówię - będziecie mnie gonić :) Na starcie byłem trochę za późno, bo byłem praktycznie na końcu, wiedziałem że czeka mnie dużo wysiłku w przedzieraniu się do przodu. Przed startem jeszcze na komórce ustawiłem timer na 2 godziny i pora ruszać. Start był lotny, więc na dojeździe trochę się przepchnąłem, by jeszcze na ulicy wykorzystać zbity peleton i gonić czołówkę. Przy pierwszym skręcie na Kunowo widziałem, że peleton się przerywa a ja zostaję niestety w tej drugiej części. Nie mogłem tu zostać bo później nie będę w stanie ich dogonić. I tu okazuje się, że podobnie myślących jest kilku, tak formuje się mała grupka 3-5 zawodników, którzy jadą - na moje oko - ok 35km/h. Tak mijamy kolejne wioski, wyprzedzając wolniej jadących (całkiem sporo ich było ;). Czasem ktoś się podłączył do nas, jednak stała ekipa liczyła 3 rowerzystów. Zależało mi aby wypracować największą przewagę na asfalcie, bo później po płytach i bruku jedzie się ciężej. Dlatego do Koszewa cisnąłem mocno. Przy wjeździe na drogę polną, kolega z numerem na chipie napisanym pisakiem (coś jak 573??), który był na przedzie zrobił bardzo dobry ruch i zjechał na boczną, równoległą do żwirowej drogi szeroką ścieżkę zrobioną chyba przez traktory. Pozwoliło nam to utrzymać wysoką prędkość i praktycznie do Wierzbna sporo ludzi wyprzedziliśmy. Po wjeździe na asfalt wychodzę na zmianę i cisnę w wysokiej kadencji. Czuję, że moc jest ze mną, jedziemy dobrym tempem. Jestem zadowolony, że się tak dobraliśmy, jedziemy teraz we trzech (trzeciego nie pamiętam, bo stale był z tyłu). Po wjeździe na drogę szybkiego ruchu zmiana, chwila odpoczynku na kole daje mi wystarczająco dużo czasu na uspokojenie oddechu i rozglądanie się kogo mijamy. Ciągle trafiamy na grupki po 3-5 kolarzy oraz pojedynczych jadący chyba na "odcięciu prądu". Mam cichą nadzieję, że sporo z nich jest z M3. Za Okunicą odbijamy na Ryszewo to mój ulubiony fragment trasy. Zawsze jadę tu z wiatrem, dodatkowo dobry asfalt i lekki zjazd pozwalają się rozpędzić. Drogą węższa, grupek ciągle sporo, na szczęście kolega ma dzwonek w rowerze i do tego głośny - bardzo przydatny na maratonie. Mijamy bufet, oczywiście bez przystanku, szkoda tych kilku sekund ;) Po drodze wyprzedzamy jakiegoś tubylca na wigrusie, któremu udzieliła się chyba atmosfera wyścigu, po cisnął... ile mógł ;) Trafiają się też pierwsze gumy. Po wjeździe na brukowany mostek wiem, że to koniec zabawy i teraz liczą się twarde tyłki ;) Kolega jednak na przedzie nie zwalnia zbytnio, więc po płytach całkiem nieźle nam się jedzie. Staram się nie myśleć - "ile jeszcze", tylko "połowa dystansu już za mną". Przeskakujemy co chwilę z pasa na pas wyprzedzając słabszych, dość ryzykowne, zważywszy, że jadę prawie dotykając koło kolegi a nie widząc drogi przede mną.
Po czasie dojeżdżamy do pierwszego wzniesienia (tego z płytami i piachem między nimi), w takich momentach przydaje się rozeznanie terenu, bo od razu ustawiam właściwe przełożenie i ciągnę do góry. Tu jestem wyraźnie szybszy od kolegi bo zostaje z tyłu. Przy okazji wyprzedziliśmy sporo ludzi w tym miejscu, parę osób prowadziło też rowery. Sytuacja powtórzyłą się przy drugim i trzecim wzniesieniu (z płytami). Cieszę się, że mam je za sobą bo ten fragment był najgorszy szczególnie psychicznie, zacząłem się bać, że za szybko ruszyłem i teraz kończą mi się siły. Ale nie, kończą się płyty i wjeżdżamy na asfalt, wyskakuje przede mnie gość z jakiegoś teamu (pamiętałem!), postanawiam siąść mu na koło, okazało się bowiem, że jadę sam. A teraz potrzebny jest mi jakiś pociąg. Szybko przecinamy skrzyżowanie obstwione przez policję i rozpędzeni wpadamy na ostatni bruk na trasie. Tu zostaje jechać tylko po nim - boki są zajęte przez wolniejszych. Za brukiem skręt w prawo i ostatni podjazd na trasie - asfaltowy.
Czuję, że kończą mi się siły, mówię sobie - "nie możesz go zgubić", wrzucam "młynek" i wciągam się pod górkę, idzie mi to na tyle sprawnie, że utrzymuję koło. Na szczęście (dla mnie) kolega na górze też jest zmęczony, bo rozpędza się powoli. Mam przez to czas na łyka i uspokojenie oddechu (prawie zadyszki). Został nam jeszcze las i koniec. Przed skrętem do lasu przedobrzyłem, bo chciałem wziąć ostatniego łyka i tak to silnie zrobiłem, że ustnik został mi w zębach a ja kierując jedną ręka a drugą z bidonem wchodzę w zakręt. Zdążyłem wyhamować i się w nim zmieścić (ledwo), ustnik schowałem do kieszeni, bidon do koszyka i gonię kolegę. Na szczęście las jest krótko, jednak piaszczysta nawierzchnia skutecznie rzuca mnie na boki i spowalnia (dobrze, że innych też ;). W lesie pierwszy raz wyprzedzają nas goście z M2, około 7-9 osób, nie mam już siły się podnich podczepić, chcę dojechać już tylko na kole kolegi (jak dla mnie i tak jedzie mocno). Przy wjeździe na asfalt popełniam błąd i zakopuję się w tym cholernym piasku, tracę przez to kilka sekund i najgorsze, że mój pociąg też. Za szlabanem wiem, że zostało kilkaset metrów, zbieram więc wszystkie siły i postanawiam zawalczyć o lepsze miejsce w generalce, wyprzedzam 2 czy 3 gości przed samą metą. Wpadam na nią z wywieszonym językiem. Już po wyścigu odnajdujemy się z kolegą i dziękujemy sobie na wzajem, to była dobra jazda. Obaj jesteśmy zadowoleni. Sięgam do kieszeni po komórkę sprawdzić czas, okazuje się że urwałem 7 minut. Suuper, kolejny cel osiągnięty :) Jeszcze medal za uczestnictwo, i można jechać do domu.
Fajnie było znowu poczuć atmosferę rywalizacji. Polubiłem ostre finisze. No i jestem zadowolony, że poradziłem sobie szybko z kryzysem jak również nie odpuszczałem sobie aż do końca.
Sprawdzając wyniki pogratulowałem sobie: 19 miejsce w M3 na 170 i 71 w generalce na 653 (Vśr. 29,46km/h, 1:52:00.12). Lepiej już nie mogłem. To był udany wyścig. Świetna organizacja (jedzenie i woda były nawet na oficjalnych objazdach trasy) i możliwość spradzenia się na tej samej trasie w warunkach wyścigu powodują, że startuję za rok.

p.s. znalazłem naszą trójkę na zdjęciach. Na mecie byliśmy na 17,18,19 miejscu w M3
maraton dookoła Miedwia © James77

z galerii użytkownika Wober