dom - praca - dom

Wtorek, 5 czerwca 2012 · Komentarze(2)
Kategoria 0-50km, praca
rano - przyjechałem mocno spóźniony z pętelki, więc cisnąłem ile fabryka dała a nawet więcej. Nowy rekord - 22min.
wieczorem - z powodu złapania mega głoda w pracy powrót przez miasto i cmentarz (stąd trochę terenu - spoko, bez jazdy po grobach ;)), na wyjeździe z miasta złapałem tira i na wieś fullem pojechałem z Vmax-52km/h.

poranna jazda wer. 3a

Wtorek, 5 czerwca 2012 · Komentarze(0)
Ranki ciągle są w okolicach 10st. Dzisiaj dodatkowo mokry asfalt znowu usyfił mi rower...
Sprawdzałem nogę - jeszcze musi odpocząć, ale na spokojne kręcenie idzie dobrze.
Podjazd do tablicy Dobra ze śmieciarą na kole co dało mi +3 do prędkości i mega ogień w nogach.
Nowa pozycja na rowerze chyba nie utrzyma się długo, kiera jednak za nisko i czuję dyskomfort.

poranna jazda wer. 1

Poniedziałek, 4 czerwca 2012 · Komentarze(2)
Rozjazd. Tempo spokojne, z braku czasu pętla podstawowa.
Niedzielne przedpołudnie minęło mi na czyszczeniu roweru. Usunąłem jeszcze jedną podkładkę spod kierownicy. Czuć już zmianę pozycji, i chyba czeka mnie wymiana mostka na krótszy.

IX GRYFICKIE MARATONY ROWEROWE im. Tadeusza Sobkowiaka 2012

Sobota, 2 czerwca 2012 · Komentarze(10)
Po świetnym Świnoujściu pora było potwierdzić formę na kolejnym maratonie. W losowaniu nie trafiłem na Romka, ale był za to Robert.
Przyjechałem spóźniony, więc szybko do biura i mini rozgrzewka z kolegą, gdzie omawiamy strategię. Tu trzeba napisać, że wiatr urywał głowę a chmury zapowiadały duży deszcz. I oczywiście przy starcie naszej grupy zaczęło padać.
Mój plan polegał na maksymalnym wypracowaniu przewagi i utrzymaniu jej do końca - proste ale trudne do zrealizowania. Od razu też chciałem rozerwać grupę, żeby zobaczyć kto jest chętny do walki. Oprócz Roberta zabrał się z nami Paweł nr 108 z M2. Przez jakiś czas jechaliśmy zmianami (w gęstym deszczu), jednak później zostaliśmy ja i Robert. Z pierwszego okrążenia pamiętam właściwie tylko wiatr i deszcz. Do wyboru: na zmianie - wiatr i woda z góry, na kole - wiatr i woda z koła (w twarz). Cały przemokłem i w konsekwencji zmarzłem (mimo wiatrówki). Mieliśmy dobre tempo, bo często kogoś wyprzedzaliśmy, a jednocześnie nikt się nie podczepiał. Chyba za bufetem wyprzedził nas gość na różowym rowerze, więc podczepiliśmy się mu pod koło. Ale skubany był jakimś cyborgiem, bo wiatr nie robił na nim żadnego wrażenia. Niestety wplątał nas też w tarapaty i źle skręcił na rondzie przed Cerkwicą a my pojechaliśmy za nim. Po jakimś czasie zauważamy błąd i wracamy, ale straty - jak się okazało - są już nie do odrobienia.
Gość nam odjeżdża, a my ponownie wyprzedzamy ludzi, którzy skręcili prawidłowo (jest i nasz nr z grupy - 108). Na PK (na mecie) i bufet wpadamy sami, gdzie chwytamy jakiś żarcie i dalej w drogę. Pogoda się poprawiła bo wyszło słońce, ale wiatr nadal chce nas zdmuchnąć z rowerów. Zaczynamy drugie okrążenie... Wyprzedza nas 108, ale nie możemy utrzymać mu koła i powoli się oddala.
Miny mamy nietęgie; warunki atmosferyczne nas wykończyły, dodatkowo zgubiona droga podłamały nasze morale. Nic to jedziemy. Tli się jeszcze we mnie wola walki, więc ładuję żela, banana, zapijam isostarem i trochę podkręcam tempo. Robert zaczyna gubić koło, a ja wpadam w swój rytm i prę do przodu. Od około 100km jadę już sam i tak już mam praktycznie do końca. W międzyczasie wyprzedzam jeszcze paru. Chyba za Świerznem łapie mnie gość z późniejszej grupy nr 109 - niestety M3. Jedziemy chwilę razem, ale nie jestem już w stanie utrzymać mu koła. Ponownie jadę ok. 100, 150 i później stałe - 500m za nim. Przed skrętem do Niechorza dochodzi mnie ponownie 108 (okazało się, że zatrzymał się na bufecie). Cieszę się, że już koniec, i ta ostatnia prosta z bocznym wiatrem nie robi na mnie wrażenia. Wiem już, że będzie ostry finisz i zastanawiam się jak to rozegrać.
W mieście jedziemy główną ulicą razem z wiatrem. Prędkość znacznie rośnie, gość nie odpuszcza, wyprzedzamy jadące samochody, przeskakujemy zwalniające progi i omijamy piesze wycieczki. Trwa tasowanie się, dojeżdżamy do decydującego skrętu na ośrodek, kolega jest z przodu, ja na jego kole. Wpadamy, on ciasno, ja po zewnętrznej - szukam miejsca do sprintu. Myślę "teraz ku#$a!" i staję na pedały. W nogach zaraz ogień ale wiem, że muszę to wytrzymać. Kolega widzi mój odlot i też zaczyna cisnąć, jednak jestem już na tyle rozpędzony, że nie jest w stanie mnie dogonić. Wpadam pierwszy na metę ciesząc się, że jedno miejsce w generalce urwałem.

Wyniki:
4 w M3, z analizy śladu wynika, że na pomyłce trasy straciłem ok 5min. - dokładnie tyle straty miałem do drugiego miejsca, do trzeciego... 25sekund!
12 w Open.
Garmin zarejestrował czas: 5:01:15 a czip 5:01:30 - włączyłem start pod bramką, a wyłączyłem za... ciekawe skąd różnica.

Robert 5 w kategorii, wpadł niedługo po mnie, równie zmęczony. Gratulacje, uściski, poszliśmy na żarełko, po czym ja się zawinąłem do domu.

Udana impreza, pogoda dała popalić, ale satysfakcja też jest. Trochę rozczarowała pozycja no ale to tylko zabawa. Gratulacje dla wszystkich uczestników i szacun dla gości, którzy pojechali 3 pętle.

Dzięki Robert za jazdę, miło było Cię poznać.
Romek jak zwykle - bez komentarza ;)

strona organizatora: Gryfland

dom - praca - dom

Piątek, 1 czerwca 2012 · Komentarze(2)
Kategoria 0-50km, praca
rano - spokojnie, minąłem Sargatha na śniadaniu :D
wieczorem - ostatnie kręcenie i sprawdzanie organizmu.
W domu regulacja szosy, piwko i spać.
Zapowiadają fatalną pogodę, lekko nie będzie...

dom - praca - dom

Czwartek, 31 maja 2012 · Komentarze(0)
Kategoria 0-50km, praca
rano i wieczorem jazda na luzie po standardowej trasie. Na szutrowej Miodowej mijałem kogoś... chyba znajomy.

dom - praca - dom

Środa, 30 maja 2012 · Komentarze(2)
Kategoria 0-50km, praca
rano - zmiana ciuchów, łyk wody i białym dalej ogień do pracy. Złapałem ciężarówkę i trochę się podwiozłem, ale i tak byłem 5 minut spóźniony (o ten jeden budzik rano). Po drodze mijam Sargatha. Pozdro :)
Zimno dzisiaj.
wieczorem - powrót w tempie "regeneracyjnym", od jutra ładowanie akumulatorów na sobotę...

poranna jazda wer. 3a

Środa, 30 maja 2012 · Komentarze(0)
Chciałem zakończyć mocniejszym akcentem trzy dniowy "maraton", więc od startu ogień.
Podjazd do tablicy Dobra (od Lubieszyna) na stojąco i z pieczeniem nóg, ale na szczycie 30 było, dalej nie odpuszczałem (jeszcze 3 miesiące temu miałem tam zadyszkę i musiałem opocząć na złapanie oddechu) i po ustaniu bólu dalej pogoń.
Jeszcze przed przejściem granicznym spotykam wczorajszego pajaca - pozdrawiam go i już wiem, że tego kolarza będzie pamiętał długo ;)
W Blankensee pierwszy punkt kontrolny - 6:01 - minuta straty, więc na hopkach jazda na 100%. W Plowen bruk i jazda bokiem tu niestety tylko 20, nie chciałbym skończyć w niemieckiej wiosce z kapciem. Przed Locknitz przejazd pociągu - minuta czekania, całe ciało paruje. 6:30 jest kot, skręt do Ramin (na żółtym) i dalej cisnę bo czasu nie ma.
Odcinek za Grambow po 35-40, równy asfalt mi pomaga. Jeszcze 2 hopki i meta. W Dobrej na przystanku młodzież dotlenia się porannym papierochem, przejeżdżam na bezdechu bo sino i już do końca na granicy palenia nóg mijam metę. 7:03 - 5 min. po czasie

Jak się okazuje urwałem tylko minutę w porównaniu do poniedziałku i wtorku. Trochę się rozczarowałem.

dom - praca - dom

Wtorek, 29 maja 2012 · Komentarze(3)
Kategoria praca, 0-50km
rano - ogień w nogach
wieczorem - powrót przez miasto i walka o życie. Jedyna satysfakcja to wyprzedzanie samochodów stojących w korkach.

Ze spraw technicznych:

przerzutka Shimano XT
Zawsze miałem z nią problemy. Nie przerzuca płynnie (zgrzyta), pod lekkim obciążeniem bieg nie schodzi, w blacie tracę zęby... I tu mam pytanko, czy wózek jest prawidłowo ustawiony?
Wydaje mi się, że jest za wysoko i w ogóle odstaje tył. Ale przerzutka luzów nie ma, nie mogę jej też wygiąć czy coś takiego. Nie da się jej tez opuścić bo przeszkadza gwint pod koszyk od bidonu. Dodam, że kupiona z rowerem.
Czy jestem skazany na zgrzytające zmiany biegów?


kąt podsiodłowy 73,5

poranna jazda wer. 3a

Wtorek, 29 maja 2012 · Komentarze(2)
pole w porannym słońcu © James77


Wczorajsze poginanie czuję jeszcze w nogach, stąd czas - średni.
Za to jazda w porannym słońcu miło nastraja na resztę dnia.

ps. na pieszym przejściu granicznym minąłem się z polskim ch*#@kiem, który na moją podniesioną rękę pokazał faka... Od teraz w tamym miejscu będę jeździł z komórką przygotowaną do zdjęcia. Będę tu wklejał takich palanciarzy w samochodach.