Wróciły zimowe klimaty... -2, mgła - dołożyłem drugie tylne światło i wyciągnąłem z szafy dodatkową warstwę ubrania. Dzisiaj nie miałem motywacji do jazdy, stąd czas -jak na szosę- słaby... Przegoniłem kilka saren i zająca, minąłem batmana... Był okres, gdzie prawie zasypiałem, dopiero marznące kciuki mnie rozbudziły - zaczęły boleć. Podjazdy 1 i 2 po 27 i 25km/h. Wschód słońca o 6, więc nie jest tak źle, tylko to zimno...
Łikend minął mi pracowicie i jedynie dzisiaj przed śniadaniem mogłem wskoczyć na przecinaka poorać niemieckie drogi. Moja pętla Bismarkowa trochę się znudziła, wyszukałem więc zamienną (na długość) trasę - Raminową. Na krótki, godzinny wypad bardzo fajna; niemieckie fragmenty mają idealne asfalty (szczególnie Grambow-Linken), a polskie są skrócone do minimum (tylko dojazd do granicy). Moje podjazdy 1 i 2 po 33km/h Jutro rano znów w ciemności...
No i godzina "pękła" :) Czego można było się spodziewać. Można jeszcze urwać 3-4 minuty, ale przy okazji płuca też. Ranek bezwietrzny, z gęstymi miejscowymi mgłami. Przyjemnie się jeździ w porannym słońcu. Na odcinku między polami (Blankensee - Bismark) jechałem w "miłym" fetorku gnojówki rozrzuconej na polach równolegle do drogi (na szerokość maszyny), nawet wyprzedzałem niemieckiego rolnika orzącego ten pas w swym gigantycznym traktorze. Z cyklu napotkanych zwierząt: 3 czaple jedzące coś z pól, no i rekord - 12 saren (w parach lub 3 "osobowych" rodzinach). Płoszyłem je z krzaków, drzew, rowów, pól... No kurde pełno ich było :) Z cyklu spotkanych bikerów: jeden samotny szosowiec... pewnie znowu ten z SaxoBank ;)
Po krótkiej przerwie pojechałem zrobić sobie luźne kółko. Górala postawiłem na kołki - robię mu wiosenny facelifting. Z cyklu zwierząt spotkanych: dziś zając siedząc na polu nasłuchiwał szum gum :) (ale nie uciekł) Ze spraw technicznych: szosa umyta, jednak hamulce coś głośno trą a w obręcze mam wtartą gumę z klocków i nie mogę tego doszorować. Mimo wręcz rekreacyjnej jazdy (bez licznika jeszcze) wyszedł fajny czas (na podst. radia), jak miałbym bić rekord to spokojnie można zejść poniżej godziny (ale na szosie)
W końcu dostałem upragniony urlop(-ik, 2 dni). Jeden dzień z niego mogłem przeznaczyć na całodniową wycieczkę. Na mojej liście marzeń na 2012 było dokonanie objazdu Zalewu, więc poczytałem sobie relacje doświadczonych kolegów w celu wyznaczenia optymalnej trasy (dzięki Misiacz :). Przygotowawszy wcześniej sprzęt i prowiant ustawiłem budzik na 4:30 i o 21 poszedłem spać. :) Rano, po zapakowaniu się, wyruszyłem o 5:30 na trasę. Wszystkie prognozy zapowiadały silny zachodni wiatr, więc postanowiłem jechać najpierw niemiecką stroną. Ustaliłem sobie przerwy co 2 godziny na kanapkę i na batona o pełnej godzinie między postojami. Pierwszy postój wyszedł w Hintersee
Przede mną był najtrudniejszy etap trasy, więc starałem się go przejechać możliwie najszybciej zachowując przy tym jak najwięcej sił. Etapy "prosto na zachód" były najbardziej pracochłonne. Przerwa na kanapkę wyszła przy wjeździe na 109.
Przyznam, że się wahałem jak będzie dalej, pełno ciężarówek jeździło, a pobocza Niemcy nie przewidzieli. No ale nasi tu byli, więc szlak przetarty, myślę sobie, 2 żelki później jechałem już najtrudniejszym odcinkiem wycieczki. Co się tam działo, to ja tylko wiem. Wiatr wiał z boku, powodując stałe przechylnie roweru w celu utrzymania prostej jazdy. Czasami silniejszy poryw wiatru wymagał szybkiej kontry, ale zabawa była większa przy tirach. Wyprzedzające "wciągały" mnie po naczepę, a mijające "waliły mnie wiatrem" jak ściana. To nie było fajne, ale się skończyło jeszcze przed Anklam. Tam cudem odnalazłem szlak rowerowy o który mi chodziło. Przy wyjeździe trzasnąłem jeszcze taką fotę:
Bardzo czekałem na moment w którym zacznę jechać z wiatrem i tam właśnie to nastąpiło. Prędkość wzrosła, puls spadł, zaczęło mocniej słońce świecić i ogólnie zaczęło być bardzo przyjemnie. Jechałem asfaltową, gładką ścieżką rowerową, gdzie szybko dotarłem do mostu na wyspę Uznam.
W Polsce przyszło załamanie pogody i niestety zmokłem. Do tego jeszcze syf z ulic nasączył mi spodnie i ochraniacze. Trochę mnie to podłamało, bo ubrany byłem "na styk". Balansowałem ciągle na granicy wychłodzenia, a teraz czułem że stopy zaczynają mnie boleć z zimna. Jedyne co mogłem to energicznie pedałować i czekać na ocieplenie. Na stacji przed Wolinem musiałem się jednak ogrzać. Zjadłem hotdoga, wypiłem gorącą kawę, uzupełniłem bidony po czym pojechałem dalej. Ulewa - jak się okazało - była lokalna i już na drodze alternatywnej do Szczecina jechałem po suchym asfalcie. Wiatr też jakby osłabł, do tego kierunek w miarę pasował. W okolicach Stepnicy (ok. 200km) zacząłem odczuwać pierwsze dłuższe bóle kolan (wcześniej same przechodziły) no i zadek też się "letko" ubił. Jeżeli wiatr pozwalał to jechałem w okolicach 30, jednak były momenty gdzie prędkość spadała do 20. W Goleniowie zjadłem to co mi zostało (osuszając niestety bidony) i toczyłem się dalej. W Załomiu dokupiłem jeszcze powerejda, bo jednak szybko zaschło mi w gardle. Robiąc sobie tam krótką przerwę z trudem ponownie rozruszałem nogi. W końcu dotarłem do miasta, gdzie mogłem już na spokojnie wypić wszystko co mi zostało i pomyśleć, że się udało.
W domu byłem tuż przed zachodem, fajnie wyszło, bo nie chciałem jechać po zmroku. Na miejscu wypiłem puszkę coli, którą wiozłem jako "zestaw awaryjny" i zjadłem resztki prowiantu (+ w sumie 2l różnych płynów). Wycieczkę uważam za udaną. Miałem jeszcze jeden cel do osiągnięcia to jednak życie zweryfikowało plany.
Statystyka: zjadłem: 5 kanapek, 6 batonów, 1 hotdoga, 5 kabanosów, paczkę żelków wypiłem: w sumie 4 litry płynów co uważam, że o co najmniej 2 za mało. waga: przed 86,9kg, po 84,4kg tłuszcz: 15,4%/15,8% (czyli bez zmian) woda: 58,9%/55,8% (tu widać, że się wysuszyłem) mięśnie: 44,0%/41,8% (trochę mięśni chyba też poszło się...) ciekawe co będzie za kilka dni.
Dzisiaj spokojne kręcenie bez gonienia. W końcu można porozglądać się nieco po okolicy. W Blankensee wypłoszyłem z krzaków sarnę i pooglądałem sobie jak biegnie przez pola. W Mierzynie ignorant, któremu nie chciało się szyb oskrobać wyjeżdżając z Kokosowej zajechał mi scieżkę rowerową, zmuszając do gwałtownego hamowania - klasyka gatunku. W sumie fajnie, że już piątek :)
Dziś prawdziwie bezwietrzna pogoda, 6 stopni, sucho i jasno (od 5:30 zaczyna świtać), co sprawiło, że mimo uczucia zmęczenia wykręciłem rekordowy czas. Na razie nieoficjalny - z licznika, do potwierdzenia na gepeesie po pracy. Podjazdy 1 i 2 po 26-7km/h, na trasie miejscami luźniej kręciłem (krótki odpoczynek) więc jeszcze jest trochę do urwania. Zauważyłem, że zysk czasowy w stosunku do zimowych jazd jest głównie na zakrętach, wtedy mocno zwalniałem teraz wchodzę w nie bez hamulców. "Bociany" w Blankesee to chyba czaple siwe dziś się im dłużej przyjrzałem :) Wracając do Linken trafiłem na niemiecką drogówkę, gdzie panowie schowali samochód na polanie (tej poniżej drogi) a na tle drzewa postawili fotoradar. Dodatkowo zamaskowany był brązowym okryciem - sam go ledwo zauważyłem, dla kierowców niewidoczny.
jest rekord :)
p.s. pozdrowienia dla kolarza z teamu saxo bank ;)
Drugi raz w tym tygodniu wykręcam najlepszy życiowy czas okrążenia. Albo wiatr mi tak pomaga (podjazdy 1 i 2 po 28km/h), albo nauczyłem się lepiej rozkładać siły (na tej trasie), albo jest cieplej i nic mi już nie marznie więc sprawność lepsza. Istnieje jeszcze cień nadzei, że jednak jestem trochę silniejszy i pojawiają się pierwsze efekty... i tego się będę trzymał :)
Nadal wieje umiarkowany wiatr płn.zach. Do Blankensee mam dodatkową atrakcję, za to po skręcie na Bismark prędkość ładnie rośnie. Podjazd do tablicy "Dobra" na piekących udach, podjazd 1 i 2 po 29km/h (z wiatrem niestety). Nisko nad polami obserwowałem kołujące 2 bociany - ładny widok.
Wieczorem 1h luźnego biegu wzdłuż krajówki (tylko tam jest ciągły chodnik przez wszystkie wsie). 9km - półmetek Mac w Lubieszynie. Trochę dziwny wykres pulsu wyszedł (zmieniał się na początku i końcu skokami o 3-7BPM), ogólnie dosyć płaski w okolicach 130BPM.